Kliknij tutaj --> 🐅 kuchenne podróże magdy gessler
Tym razem Magda Gessler postanowiła przeprowadzić swoje Kuchenne Rewolucje w Trzcielu w powiecie międzyrzeckim. A konkretniej w Barze Incognito. Polecany artykuł:
Kuchenne Rewolucje to program, który prowadzi znana restauratorka Magda Gessler. Dzięki niej wiele polskich restauracji odrodziło się na nowo. Pod koniec przemiany lokalu, tradycją w programie jest organizowanie uroczystej kolacji. Jak można się na nią dostać?
W drugim odcinku 6-go sezonu "Kuchennych Rewolucji" Magda Gessler odwiedziła Gryfów Śląski. Na obrzeżach rynku znajduje się tam restauracja o romantycznej nazwie "Magnolia". Zmieniła wystrój, menu oraz nazwę lokalu na "Oborę". Zobacz jak dojechać do restauracji Magnolia/Obora w Gryfowie Śląskim i jakie menu tam na Ciebie czeka.
Najczęściej wita Magdy Gessler oznacza to znaczące zwiększenie dochodów restauracji i stabilną pozycję na rynku gastronomicznym. Niestety, nie wszyscy potrafią wykorzystać swoją szansę: czas pokazał, że dla niektórych restauratorów "Kuchenne rewolucje" nie zakończyły się szczęśliwie.
8. "Kuchenne Rewolucje" Magdy Gessler w restauracji Wilcza 8 w Brzegu Dolnym Czytelnik. Zobacz galerię (22 zdjęcia) Gwiazda telewizji TVN, restauratorka, jurorka programów kulinarnych Magda
Rencontre Femme St Gilles Croix De Vie. W 2019 r. Magda Gessler założyła markę lodów Ice Queen Lody powstały na bazie rodzinnej receptury, stworzonej na Sardynii przez prababcię Gessler, którą do kraju przywieźć miała babcia Halina — czytamy na stronie firmy Odwiedziliśmy okienko przy Świętojańskiej 2 na Starym Mieście w stolicy. Wieczorem w środku tygodnia nie było tłumów. Zamówione cztery porcje w różnych smakach otrzymaliśmy szybko Choć różowe okienko zniechęcało do zamówienia, lody okazały się bardzo smaczne. Jednak cena 9 zł za porcję pozostaje dyskusyjna Więcej tekstów znajdziesz na stronie głównej Onetu Dań Magdy Gessler mieliśmy okazję spróbować kilkukrotnie. W listopadzie poprzedniego roku odwiedziliśmy restaurację "U Fukiera" na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Przed tłustym czwartkiem testowaliśmy pączki z cukierni "Słodki Słony" przy ul. Mokotowskiej, także w stolicy. Musimy śmiało przyznać, że zawsze było smacznie i z przepychem. Ceny, choć tłumaczone przez restauratorkę jakością i świeżością produktów, pozostają jednak kontrowersyjne. Tym razem postanowiliśmy sprawdzić, jak smakują lody marki Ice Queen. Lodowy przystanek na mapie Starego Miasta Latem na warszawskiej Starówce spotkać można prawdziwe tłumy. Mimo że na wycieczkę do centrum postanowiliśmy się wybrać w środku tygodnia, nie brakowało spacerowiczów. Co ciekawe, słychać było nie tylko język polski, ale i angielski, hiszpański czy włoski, co oznacza, że obcokrajowcy wrócili po pandemii do Warszawy. Stare Miasto w Warszawie ZOBACZ TAKŻE: Hiszpan mieszkający w Polsce: rodzice chcą, żebym wrócił do domu Tuż przy wejściu w ulicę Świętojańską z placu Zamkowego w kamienicy znajduje się... niepozorne okno, w którym sprzedawane są lody Magdy Gessler. Przypomnijmy, marka Ice Queen powstała w 2019 r. Gwiazda "Kuchennych rewolucji" postawiła na wyroby przygotowane według rodzinnej receptury. Tę, jak czytamy na stronie firmy, stworzyła prababcia Gessler, która na Sardynii spędziła całe swoje życie. Przepis do Polski przywieźć miała natomiast babcia Halina. Foto: Karolina Walczowska / Onet Okno z lodami Ice Queen tuż przy placu Zamkowym Dalsza część artykułu pod materiałem wideo: Przekonać ma nie tylko klientów, ale i inwestorów, bo Ice Queen działa na zasadzie franczyzy. Zasadniczo każdy może otworzyć własną lodziarnię i to się dzieje. Lody pod najpopularniejszym kulinarnym nazwiskiem w Polsce znaleźć można w Zakopanem, Mikołajkach, Giżycku czy Ciechocinku. Kiepskie opinie w internecie Inne zdanie o lodach mają internauci. W opiniach Google marka Ice Queen ma zaledwie 2,3 na pięć gwiazdek. Przeważają także negatywne komentarze: "cena kosmos", "małe porcje", "ciężko się dopchać latem, takie kolejki". Miłośnicy lodów chwalą smak: "pyszne", "warto stać w kolejce", "kapkę za drogo, ale smacznie". Foto: Karolina Walczowska / Onet Oceny Ice Queen w opiniach Google ZOBACZ TAKŻE: Grzaniec i pajda chleba od Magdy Gessler na warszawskim jarmarku. Warto? Kremowe lody w... niezachęcającym okienku Faktycznie, okienko nie zachęca do zakupów. Na jednej okiennicy cennik lodów z automatu, na drugiej wypisane smaki lodów sprzedawanych na porcje. Wszystko w ostrych kolorach, zupełnie niepasujących do otoczenia — co dziwi, bo przecież Magda Gessler potrafi zadbać o klimat, wystrój i świeże sezonowe kwiaty, jak np. w restauracji "U Fukiera". A tutaj różowa tablica rodem z lodziarni przy deptaku nad Bałtykiem... wielka szkoda! Foto: Karolina Walczowska / Onet Okno z lodami Ice Queen przy Świętojańskiej 2 W samym oknie też jest ciemno i ponuro. Pomieszczenie jest częścią restauracji "Polka", która znajduje się obok i również działa pod nazwiskiem Magdy Gessler. Mimo że niekusząco, to co chwilę w kolejce pojawiała się nowa osoba. Oferta jest całkiem spora. Do wyboru mieliśmy osiem smaków: kawa, orzech laskowy, jogurt z wiśnią, sernik z marakują, nesquik, słony karmel, mango marakuja oraz truskawka. Śmietankowe lody z automatu pominęliśmy z premedytacją (w cenach 7 zł małe i 9 zł duże) — po pierwsze jako miłośnicy lodów naturalnych nie bardzo rozumiemy ich sens, po drugie, naszym zdaniem w miejscu, gdzie sprzedaje się wyroby i podkreśla ich włoskość, to wygląda nieautentycznie. "Cztery porcje będą" — "36 zł poproszę" W kolejce nie czekaliśmy długo. Pani sprzedawczyni ze wschodnim akcentem była bardzo miła, choć zamrażarkę miała ustawianą głęboko w pomieszczeniu i nie mogliśmy podglądać, jak nakłada porcje. Foto: Karolina Walczowska / Onet W okienku Zamówiliśmy cztery porcje: orzech laskowy, mango marakuja, sernik z marakują oraz słony karmel. Zapłaciliśmy kartą w sumie... 36 zł. Porcje były średniej wielkości. Mimo że smak pozostaje mocno subiektywną kwestią, oboje jednogłośnie stwierdziliśmy, że były... bardzo smaczne. Miały kremową konsystencję, czuć było prawdziwy smak mango i marakui. Nie smakowały, jak niektórzy twierdzą, "sklepowo", albo "lody rzemieślnicze na jednej bazie" — absolutnie nie. W dodatku wafel był chrupiący i nie za słodki, co często w lodziarniach się zdarza. Potrafi on nieraz zdominować nawet smak lodów. Foto: Karolina Walczowska / Onet Za cztery porcje lodów zapłaciliśmy 36 zł Choć Włocha do lodów w Polsce trudno przekonać, tym razem mój towarzysz stwierdził, że jest pod wrażeniem. Zwróciliśmy uwagę, że w pozostałych witrynach widzieliśmy ceny 5,5-6 zł za porcję. "Nie bywam często na Starówce, więc myślę, że za jakiś czas dla naprawdę wysokiej jakości tutaj wrócę" — skonkludował. Myślę, że ja też tutaj z przyjemnością wrócę. *** Karolina Walczowska, dziennikarka Onet Podróże @
Pewnego pięknego weekendu, gdy mój syn Aleksander osiągnął wiek 13 tygodni został zabrany na swoją pierwszą poważną podróż… przewodnią ideą tej wycieczki było podążać śladami Magdy Gessler w Poznaniu. Ponieważ dość często oglądamy jej program, a że żadnych knajp po „Kuchennych Rewolucjach” na naszej wichurze nie mamy to stwierdziliśmy, że trzeba sprawdzić czy rzeczywiście jest tak dobrze jak u mamy. Dodatkową atrakcją wyjazdu były „Targi Piwa”, ale wszystko w swoim czasie. Poznań zastaliśmy rozkopany, ale miejsce naszego pobytu było widoczne z kilometra, więc wystarczyło tylko zaparkować i zameldować się w hotelu. Ze względu na lokalizację wybraliśmy hotel Mercure w centrum Poznania – było blisko do każdej atrakcji, knajp, które nas interesowały, oraz na rynek i do galerii handlowych. Dodatkowo hotel był świetnie przygotowany na odwiedziny z małym dzieckiem. Hotel Mercury w którym zatrzymaliśmy się. Rejestracja przebiegła szybko i sprawnie, na miejscu zostaliśmy poinformowani, że mamy jeszcze saunę i fitness do naszej dyspozycji lecz nie skorzystaliśmy z tej przyjemności ponieważ oboje zapomnieliśmy „strojów specjalnych na tą okazję”. Pokój, w którym szybko się zadomowiliśmy miał bardzo wysoki standard i przygotowane wygodne łóżeczko dla Młodego, więc na szybkości pielucha została zmieniona (nowy obowiązek w podróży – inni ładują Ipody, zgrywają zdjęcia, a drudzy zmieniają pieluchy). Pit-stop w oczekiwaniu na zmianę pieluchy 🙂 Spakowaliśmy wszystko, co było potrzebne na dłuższe zwiedzanie i udaliśmy się do „Baru Metka”. Był to nasz pierwszy punkt na mapie zwiedzania. Zdziwieniem moim było to, że lokal o godzinie 14 był pełen, a na drzwiach wisiała karta, że od 17 rezerwacja lokalu. Powiedziałem do Mileny, że jedzenie musi tu być niesamowite, że aż tyle osób siedzi. Obiecaliśmy wrócić do „Metki” nazajutrz i udaliśmy się na ul. Roosvelta podążając w stronę dworca Głównego w Poznaniu, ale po drodze trafiliśmy na Targi Piwa… Jak sama nazwa wskazuje. Wejście zobowiązuje. Zareagowałem krótkim „oooo”, Aleksander długim „uuuuu”. Wejście było za darmo, ochroniarze bardzo mili i pomocni, a na samych tragach mnóstwo pozytywnej energii, miłości do piwa oraz pełna kultura. Stoiska były wypełnione butelkami piw od małych browarów, aż po marki światowe. Nic tylko kupować. Więc kupowałem, a Olo w tym czasie pił swoje piwo czyli mleko. Na Targach. Polecam „Atak Chmielu” Po wyjściu z „Targów Piwa” skierowaliśmy się ulicą Stanisława Matyi, wzdłuż dworca podziwiając jego wieczorną iluminację, aż dotarliśmy do największego centrum handlowego w Poznaniu „Stary Browar”, które minęliśmy cały czas kierując się w stronę rynku. Dochodziła już godzina siedemnasta, a my byliśmy dalej bez obiadu. Nie pozostało nam nic innego jak iść śladami Magdy Gessler w Poznaniu. Dotarliśmy do lokalu „Bazylia i Oregano”, który był w programie jeszcze w tym roku, więc jest najświeższym lokalem w mieście po rewolucji. Mieliśmy bardzo duże szczęście ponieważ znaleźliśmy ostatni wolny stolik. Miejsca było nawet sporo na Harleya Ola, więc wózek zaparkował obok stołu. Sam wystrój świeży, rodem z „Kuchennych Rewolucji”. Knajpa wypełniona była ludźmi, w miedzy czasie schodzili się kolejni klienci odebrać swoją rezerwację. Na ścianie obok baru wisiało zdjęcie Magdy Gessler z właścicielem lokalu i z podpisem aby jedzonko było pyszne. Wejście do lokalu. W oczekiwaniu na rewolucję W trakcie rewolucji Otwierając menu dało się wyczuć, że zostało w nie włożone dużo pracy – było ono eleganckie i przejrzyste, niestety ceny nie na kieszeń przeciętnego Kowalskiego. Zamówiliśmy przystawkę w postaci grzanek ze szparagami i włoskim serem oraz pizze Capriciosse. Grzanki wyglądały apetycznie, niestety szparagi były przejrzałe i zbyt długo trzymane w piekarniku przez to w smaku były nijakie i włókniste. Jeśli chodzi o pizzę to mogę się czepić tylko jednej rzeczy – dlaczego szynka była konserwowa? A jeśli nie była to dlaczego miała smak szynki z konserwy prosto z sieci marketów EKO? Żebym nie wyszedł na malkontenta napiszę też o pozytywnych stronach lokalu „Bazylia i Oregano”. Obsługa bardzo uprzejma – spytała się nas czy potrzebna jest pomoc przy zniesieniu wózka, krótki czas oczekiwania na obsługę oraz zamówione potrawy, jedzenie było dobre, ale szczerze mówiąc spodziewałem się większego „wow”. Koszt przystawki, pizzy oraz dwóch coli 47 zł. Rynek nocą. Rynek w dzień Po wyjściu z lokalu byliśmy naładowani energią i ruszyliśmy na poznański rynek, który mi się bardzo podobał i na pewno będziemy chcieli tam wrócić jak tylko zrobi się cieplej. Co druga knajpa na rynku nazywa się „pijalnia wódki, pijalnia piwa albo pijalnia wódki i piwa”. W sobotni chłodny wieczór na poznańskim rynku było dużo osób. Dało się wyczuć, że jest weekend, po prostu ludzie się bawili, a myśmy powolutku zaczęli zmierzać w stronę hotelu Mercure, by odpocząć po długim dniu. Młody podróżnik, nie płacze, nie narzeka, obserwuje i się delektuje. Droga do hotelu nie była długa. Jest on zlokalizowany bardzo blisko centrum miasta, dodatkowo na jednej z głównych ulic więc dostęp do niego jest łatwy. W pokoju mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy – minibarek wypełniony po brzegi napojami oraz rogaliki poznańskie, które czekały tylko na ich skonsumowanie… i się doczekały. Człowiek mógł odpocząć po całym dniu podróży połączonym ze zwiedzaniem. Łóżko było duże i miało w sobie schowany magnes na ludzi, bo nie dało się z niego wstać takie było wygodne. Po kąpieli i nakarmieniu Aleksandra, kiedy on sobie już słodko spał, przyszedł czas na odpoczynek mamy i taty. Leżeliśmy sobie beztrosko na najbardziej wygodnym łóżku świata degustując nabytek zakupiony na targach piwnych. W końcu nastał późny wieczór i przyszła pora na test łazienki. Nie chcę się za długo rozpisywać ale żałuję, że nie mamy takiej w domu. Muszę też przyznać, że zapomniałem spakować kosmetyki, ale hotel był przygotowany na taką ewentualność i mnie poratował wszystkim, co jest potrzebne do codziennej higieny. Wstaliśmy rano, o Olowej porze czyli jakaś ponieważ mały jest wtedy najbardziej aktywny i odgłosy jakie z siebie wydaje uniemożliwiają dalszy sen, więc człowiek idzie do niego i jakoś próbuje się z nim dogadać w stylu: „Olo co tam?” – „Uuuuuu” – odpowiada . „Może zdrzemniesz się chwilkę jeszcze?” – „uuuuuuIIIIiaaaa…. Hau” czyli nie. Po porannej toalecie trzeba było się wybrać do bufetu na upolowanie śniadania. Obsługa była miła, zapytała czy nie chcemy specjalności szefa kuchni w postaci jajecznicy z szynką. Nie pozostało nic innego jak tylko się zgodzić i spróbować. Jajecznica była dobra, na bufecie niczego nie brakowało, starannie chodziłem i brałem dokładki ponieważ czekał nas ponownie długi dzień. Hotelowy bufet Po śniadaniu szybko się spakowaliśmy i poszliśmy obejrzeć ponownie rynek, tylko tym razem za dnia. Jak na niedzielę rano, tłumów nie było, zwłaszcza, że jest to trzeci największy rynek w Polsce. Najważniejsze, że dało się wyczuć poznański klimat. Chodziliśmy od rzeźby do rzeźby, oglądaliśmy kamienice, które zostały odbudowane po II Wojnie Światowej, przechadzaliśmy się bocznymi uliczkami odkrywając ich zakamarki i tak czas zleciał, trzeba było wracać do hotelu i zrobić tak zwany check-out. Atak gigantycznej żyrafy na stary rynek Nasze rzeczy były spakowane więc wyprowadzka była kwestią minut, na recepcji oddaliśmy komplet kluczy, pogodne recepcjonistki spytały czy nasz pobyt w hotelu się podobał, na co z uśmiechem oboje odpowiedzieliśmy, że tak i ruszyliśmy do samochodu wpakować torby do bagażnika. Ostatnie pakowanie przed wyruszeniem. Po załadowaniu samochodu, pozostała ostatnia rzecz do zrobienia, mianowicie odwiedzenie „Baru Metka”, do którego poprzedniego dnia się nie dostaliśmy bo był zapełniony. Tym razem zbliżała się godzina 13 i trzeba było zjeść obiad przed ruszeniem w drogę, więc ruszyliśmy dalej śladami Magdy Gessler w Poznaniu . Bar Metka Po paru minutach dotarliśmy do lokalu, znieśliśmy wózek po schodach i zadomowiliśmy się w drugiej sali lokalu. Zauważyłem, że byliśmy jedynymi klientami. Kelnerka dała nam karty, które były krótkie, treściwe i w nie najlepszej kondycji. Wybierając potrawy w tle leciał kanał TVP Historia i program z „II Wojny Światowej”, który oglądał właściciel lokalu 15 metrów dalej. Ja zamówiłem żurek oraz pierogi z kapustą, Milena chciała zupę ziemniaczaną ale jej nie było, więc zamówiła wątróbkę z jabłkami – w tle dalej leciał program wojenny. Żurek przyszedł dość szybko, aż za szybko – był letni i raczej powinien nazywać się zupą kiełbasianą ponieważ tylko ona tam pływała Żurek Śladami Magdy Gessler w Poznaniu . W międzyczasie relacja z telewizora robiła się coraz bardziej smakowita, gdzie pewien świadek bombardowania stwierdził „że pies zjadał zwłoki kobiety, po czym on poznał, że to są zwłoki kobiety? bo miała piersi” I tutaj na serio i całkiem poważnie: w „Barze Metka” można jeść obiad i naoglądać się ludzkich zwłok i posłuchać o ich rozkładaniu. Duży nietakt jak na lokal gastronomiczny, ale świadczy to tylko o ignorancji właściciela, przecież nie wchodzę mu do domu na siłę tylko do jego lokalu, gdzie mam się czuć jak gość. Drugie danie było jeszcze gorsze od żurku. Tak, porcje były duże i tanie, ale jakość pierogów była porażająca, z pięciu sztuk na siłę wcisnąłem cztery, a kapusty nie tknąłem. Milena miała gorzej – jej wątróbka była spalona z każdej możliwej strony, prezentowała się jak poćwiartowany język krowy, do tego pachniała starym garnkiem albo olejem (albo tym i tym z poprzedniego tygodnia, muchy latające dookoła stołu były najwidoczniej gratis). Rachunek wyniósł 37 zł – mogę jeszcze dodać, że światło w lokalu zostało włączone dopiero jak przyszła większa liczba osób, a napoje zostały nalane za barem, a o ile pamiętam w każdej szanującej się knajpie do obiadu kelner przynosi butelkę i napełnia ją przy gościu. To wszystko, co mam do powiedzenia na temat jedzenia w tym lokalu, może się sprawdza bardziej jako pub i leją tam najlepsze piwo w mieście, ale raczej nie zamierzam wracać do Baru Metka. Podsumowując weekend „Śladami Magdy Gessler” nie zawsze było smacznie jak u mamy, ale reklama w programie jak widać działa. Z tego co widziałem nie tylko ja byłem ciekaw jak serwują w lokalach po jej rewolucji , lecz następnym razem zjem większe śniadanie w hotelu zamiast przeprowadzać eksperymenty gastronomiczne. Z pozdrowieniami prosto z Poznania. Powiązane posty
Tym razem Magda Gessler i Kuchenne Rewolucje zagościły w miejscowości Bochnia, w restauracji Od Nowa - OdNowa. Restauratorka zmieniła nazwę pizzerii na Chleb i sól. Odcinek, który został nagrany w pizzerii Chleb i sól - dawniej Od nowa został wyemitowany 8 maja 2014 roku w 10 odcinku tvn-owskiej serii kulinarnej. Bochnia Od Nowa z Magdą Gessler Tradycyjnie już Magda Gessler nie była zachwycona tym, co zastała w pizzerii. Tym razem trafiła na lokal Od Nowa. Nie obyło się bez nerwów, rzucania sztućcami i zaglądania w kuchenne zakamarki. Kuchenna rewolucja, którą chciała przeprowadzić Magda Gessler w restuiracji OdNowa wymagała zmiany nastawiania do pracy nie tylko personelu, ale przede wszystkim właścicieli. Jak zwykle właśnie z tym był największy problem. Były więc łzy, zgrzytanie zębami, żale i wiele emocji. Czy restauracja OdNowa podda się kuchennym rewolucjom Magdy Gessler?Magda Gessler i Chleb i sólUdało się. Przynajmniej takie wrażenie miała Magda Gessler, gdy opuszczała po Kuchennych Rewolucjach lokal, w który włożyła mnóstwo pracy i serca. Zmieniła nie tylko nazwę i wystrój restauracji, pizzerii, ale całkowicie odmieniła też w restauracji Chleb i sól kucharze serwują przede wszystkim polskie dania: zupę pomidorową z lanymi kluskami, białą kiełbasę z zasmażaną cebulką oraz kaszankę podawaną na plastrach boczku. Nadal jest również pizza. Nowością są kanapki. Wszystkie kosztują 12 zł i, jak zapewniają właściciele, są pyszne. Chleb i sól po Kuchennych rewolucjachA co zjemy w owych pysznych kanapkach? kiełbasę kminkową, wiejską, ogórki kiszone, fetę, oliwk i pomidorowa na cielęcinie z lanymi kluskami kosztuje 9 zł,kiełbasa biała z cebulką kosztuje 16 zł,kaszanka na plastrach boczku, cebuli, z jabłkiem i musztardą rosyjską jest w cenie 16 złJest również wiejska pizza - średnia za 22 zł i duża za 32 zł. oraz bigos myśliwski ze śliwkami i podgrzybkami za 15 gości w restauracji Chleb i Sól, czyli Od Nowa już jest więcej?Trzeba osobiście odwiedzić dawną pizzerię OdNowa i sprawdzić, czy Magda Gessler przeprowadziła skutecznie Kuchenną Rewolucję i czy restauracja Chleb i sól jest warta kolejnej też: Bajkowe samochody w Łodzi
Jak wiecie Froblog jest na wakacjach. Dziś postanowiłam sprawdzić Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler przeprowadzone w usteckiej Restauracji Syrenka. Odcinek z Ustki można zobaczyć tu. Jest to pierwsza z „rewolucyjnych” restauracji, które odwiedziłam, nie mam więc żadnego porównania z innymi metamorfozami. Mam za to porównanie z wieloma miejscami w Ustce, które odwiedzałam przez ponad tydzień. O nich będzie w osobnej notce nt. tego Gdzie warto jeść w Ustce. W Syrence zaczynam od kolejki. Tak, żeby dostać tu stolik, trzeba swoje odczekać. Oczywiście podeszłam do kelnerki z pytaniem, czy mogę wrócić za pół godziny i czy zarezerwuje mi w tym czasie stolik, ale z pobłażaniem stwierdziła, że nie przyjmują rezerwacji. To znaczy przyjmują, ale pierwszy możliwy termin to 8. września. Ponad 10 dni czasu oczekiwania na stolik, to prawie jak na Manhattanie – pomyślałam i grzecznie ustawiłam się w kolejce. Potem było już lepiej. Stoliki zwolniły się dość szybko, zasiadłam i z dużym zainteresowaniem przyglądałam się temu miejscu. Oczywiście Magda Gessler jest tu obecna wszędzie. Są zdjęcia Magdy Gessler, jest bar podpisany przez Magdę Gessler, jest monitor, na którym zmieniają się zdjęcia z Magdą Gessler … uff… poczułam się lekko osaczona. Zmiany wystroju przeprowadzone są dość małymi środkami, za to ciekawymi pomysłami. Ściany pomalowano na biało. Na popularnych, dość standardowych lampach zrobiono osłony z szarego papieru, na pucharki ze świeczkami nałożono proste, wycinane z papieru nakładki, na ścianach wiszą portrety wielkich ryb. Obrusy i zasłonki są szare we wzorki marynarskie. Menu to prosta karta z czarnej tektury z białą rybą na okładce i białymi kartkami wewnątrz. Przy wejściu ustawiona jest mała gablotka, z której kelnerki wyjmują świeżo uwędzone ryby, jeśli ktoś je zamawia. Poza początkową pobłażliwością jednej z pań kelnerek, nie mogę powiedzieć o obsłudze złego słowa. Panie uwijają się w niezwykłym tempie. Przy tak ogromnym obłożeniu, radzą sobie dzielnie, utrzymują kontakt wzrokowy z klientami i szybko reagują. W charakterze czekadełka dostaję Wędzone szprotki na ciepło zawinięte w pergamin, w którym zapewne zostały wcześniej włożone do pieca. Bardzo to miły drobny gest na start. Na przystawkę zamawiam Sałatkę z rybą wędzoną (14zł). To solidna porcja 200g. Jest pełna wędzonego łososia. Do tego kapary, oliwki zielone i czarne, ogórki konserwowe, mix sałat i dobry dressing. Świetna sałatka. Powiem szczerze, że to było pewne odświeżenie po wszystkich smażonych rybach i surówkach z kapusty, których się tu najadłam w okolicy. Ryba, ale na inny sposób. Na dodatek wędzony łosoś jest prawdziwie świeżo uwędzony. Jedyny minus tej sałatki, to kilka ości, które znalazłam, trzeba więc uważać przy jedzeniu. Na danie główne wybieram popisowe danie Kuchennych Rewolucji – Gołąbek z dorsza (14zł). I tu moje zdziwienie jest już naprawdę wielkie. To niezwykle interesujące danie. Mielony dorsz w kapuście nie jest jeszcze wielkim hitem, ale pomidorowy sos na zakwasie z kiszonej kapusty tworzy z całości naprawdę ciekawe danie z charakterem. Dodatkowo, cena jest niezwykle atrakcyjna. Robi to na mnie wrażenie. Wypijam jeszcze herbatę, na deser nie mam siły, zresztą z deserami tu nie przesadzają. Są dwa do wyboru. Ogólnie uważam, że to bardzo dobre miejsce. Zdecydowanie się wybija na tle reszty kulinarnych propozycji w Ustce. Restauracja Syrenka oczywiście robi, co może, żeby skorzystać z popularności, którą przyniósł jej program. Wnioskując po kolejkach, bardzo dobrze sobie z tym radzi. Popularność nie gwarantuje jednak wcale dobrego jedzenia, a w Syrence dobre jedzenie jest. I nawet osoba o tak umiarkowanym stosunku do Magdy Gessler jak ja musi to przyznać: Ta rewolucja się udała. Restauracja Syrenka, ul. Marynarki Polskiej 32, Ustka Po więcej zdjęć z Restauracji Syrenka w Ustce, zapraszam na fanpage Frobloga na Facebooku.
kuchenne podróże magdy gessler